Działanie i niedziałanie – ogród i życie

Na swoim blogu już wiele rady dawałem rady jak kształtować różnorodność bez większego nakładu pracy. Pisałem też o filozofii dzikiego ogrodu jako dzieła niskonakładowego.

Sam ciągle zmagam się z dwoma silami – jedna mówi żeby coś robić, działać, zmieniać, druga żeby to olać, zrelaksować i medytować. To naturalne dla nas, ten dialog, pewnie sami go w sobie rozpoznacie. Wieczne zmaganie yang i yin.

Kiedy jednak jadę przez Polskę wiosną, dominuje energia yang. Mieszkańcy zamaszyście wywijają grabiami, wydziobują każdy pozostały po zimie liść, zaraz ruszą do walki z trawą, pewnie już po Wielkanocy usłyszę warkot kosiarek. Nie pozwolą na przychaciu wyrosnąć rzepom i pokrzywom. Wiele razy pisałem już, że największa różnorodność tworzy się przy umiarkowanym zaburzeniu. Najwięcej gatunków nie uzyskamy ani kosząc cały ogród co tydzień, ani pozostawiając go na 20 lat odłogiem. Największą różnorodność uzyskalibyśmy pozostawiając połowę ogrodu odłogiem, a drugą połowę kosząc 1-2 w roku. Ach jak Polska potrzebuje teraz trochę zaniechania i zaniedbania! Nie porzucenia i zarośnięcia brzozą i nawłocią, ale takiego poluzowania w tym upiornym koszeniu.

W tym jak rozwija się miejsce porzucone, zdziczałe widać podobne przemiany jak w świętej chińskiej księdze I Ching, gdzie silne yang, tworzone przez trzy takie same strony monety w wyroczni, ma tendencję do zamiany w silne yin. Więc w porzuconym ogrodzie najpierw wyrosłyby drzewa, coraz większe i coraz gęstsze. I w pewnym momencie byłoby prach. Jedno z tych wielkich drzew, po latach zwaliłoby się i utworzyło lukę (spójrz na zdjęcia do posta). I cały cykl zarastania zacząłby się od nowa. Podobnie z trawą, która rośnie wysoka i nagle zawala się pod ciężarem deszczu, pokłada i osiąga wysokość niskiego trawnika, bez koszenia i warkotu spalin.

Z pytaniami o działanie i niedziałanie spotykamy się w codziennym życiu. Kontrolować czy nie? Czy pozwolić małżonkowi na skok w bok? Czy pozwolić nastolatce wracać do domu o czwartej rano? Czy iść do szpitala, bo spuchła nam noga? Wychowani w naszej kapitalistyczno-judeochrześcijańskiej kulturze mamy tendencję do wykonania działania, zakazu, nakazu, zabiegu. Do wprowadzenia paragrafu, dania mandatu, do koszenia trawy, do zrobienia porządku. Dziesięć lat temu miałem bolesne żylaki, każdy lekarz mówił, że wytnie, że to jednodniowy zabieg. Nie posłuchałem ich, zacząłem biegać, schowały się. Wydaje nam się że mamy wpływ i możemy mieć wpływ. Czasem rzeczywiście mamy, ale nie potrafimy odpuścić i obserwować. Może inna droga się znajdzie niż myśleliśmy?

Podobne pytania zadajemy sobie przy walce z koronawirusem. I znowu widać ten gigantyczny wpływ myślenia Zachodu. Walczyć, ograniczyć, kontrolować. Oskarżają się jedni z drugimi, co zrobili źle. A może by tak odpuścić i obserwować jak epidemia rozleje się i przygaśnie? Jak trawa, która rośnie wysoka i potem się pokłada, potem wysycha, potem może znowu odrasta? Może trochę wszystko zaniechać? Pójść na spacer zamiast na koncert? Popracować zdalnie? Ale bez tych nakazów, zakazów, mandatów. Bez zamykania kawiarni. Bez bycia tatą, który mówi „jak tego nie zrobisz to cię zajebię”. Bo rodzice zawsze przegrywają z życiem. Dlatego tak bardzo się cieszę, że rząd nie oszalał zupełnie i nie zamknął kościołów na Wielkanoc. Ludzie już spotykają się w podziemnych knajpach, a teraz jeszcze chrześcijaństwo by się w katakumbach odrodziło. Bo wielkie yang zamienia się w wielkie yin. I odwrotnie – bo przecież lockdown to wielkie yin. Więc widzicie jak trudno interpretować rzeczywistość… Najważniejsze jednak, żeby nie kosić trawy za często! I zostawić liście w ogrodzie. Wesołych Świąt!

10 komentarzy

  • Regina pisze:

    Tak właśnie, wszystko musimy kontrolować, zamiast pozostawić trochę luzu w życiu. Bardzo mi się podoba ten artykuł. puszczam go dalej z przyjemnością :)

  • Ala pisze:

    “Ludzie już spotykają się w podziemnych knajpach…”
    Jak tak dalej pójdzie to w podziemnych knajpach spotykać się będzie przyroda, którą z takim zacięciem tępimy. W moim rodzinnym mieście Barlinku szalonych pomysłów nie brakuje. Wszystkie one oczywiście idą z zielonym duchem czasów, tzn.wycina się resztki pięknych starych drzew. Żeby było jeszcze lepiej, łatwiej i bardziej ‘zielono’ to zrobić wszysktie te projekty dofinansowuje Unia Europejska. Wycina się piękne aleje wjazdowe do miasta żeby zamienić je w ścieżki rowerowe. Już widzę są też w naszym mieście powycinane trzciny wodne. Dlaczego nie, po co mają one oczyszczać nam jezioro i tworzyć lęgowiska dla ptaków?
    Poniżej pozwoliłam sobie wkleić petycję przeciwko wycince drzew, jeśli ktoś miałby ochotę się podpisać to z góry dziękuję. Może Łukasz na ten link pozwoli, chociaż nawet jeśli, to nie wiem czy link będzie aktywny.
    Pozdrawiam wiosennie.

    https://www.petycjeonline.com/wstrzymanie_wycinki_drzew_przy_ul_peczyckiej_w_barlinku#share

  • Kuba pisze:

    w 100% zgadzam się, pozdrawiam i także życzę udanych Świąt Wielkanocnych

  • Ane pisze:

    Też tak myślę i odpuszczam .

  • ZP pisze:

    Kosiarki po Wielkanocy – naprawdę zazdroszczę. Jest 26 marca, trawnik (bo o trawie za bardzo nie można mówić) na moim osiedlu w UK został już dwa razy rozjechany na błoto kosiarką. No, bo jak sobie można na niej pojeździć i dostać za to czyjąś kasę, to przecież czemu nie? Ja akurat działam, ale inaczej – walcząc z działaniami innych np. nadmiernym wycinaniem, przycinaniem (żywopłoty profilaktycznie też już poszły pod “nóż”) i do tego zanieczyszczeniem hałasem.

  • gruha pisze:

    Ma Pan rację – z własnego wyboru nie posiadam kosiarki, koszę tylko kosą , a i nie całą działkę od razu – świetny relaks, dużo kwitnących “chwastów”, podczas koszenia słychać przyrodę wokół i całkiem fajna gimnastyka. I jeszcze jeden plusik – pamiętam jak kolega z pracy, zakupił kosiarkę , tak się złożyło że tego samego dnia przyszła do mnie zamówiona kosa. Wynik ? On wydał 16 tys a ja 60 zł :-), ja klepię swoją kosę nadal , a on co roku jest z nią w serwisie. Pozdrawiam – kichać na lockdown !!!

  • Barbara Kinga pisze:

    Dziwne ma Pan pojęcie o chrześcijaństwie, takie, hm, stereotypowe 😉 Duchowość benedyktyńska świetnie sobie radzi z równowagą między pracą a modlitwą (medytacją) czyli yin/yang. Umiar i właśnie takie wyluzowanie, o którym Pan pisze (choć może bez dylematu o skoku w bok – temu starałaby się zapobiec, szukać przyczyn, ostatecznie każde łakomstwo, także to na seks, ma swoje głębsze korzenie) jest jego istotą i, pozwolę sobie na te słowa – dałby Bóg, żeby akurat takie chrześcijaństwo się odrodziło.
    Pozdrawiam cieplutko z drogi na ukochane Podkarpacie 😊

  • Elżbieta pisze:

    Widzę, że nikt nie odważył się skomentować, to ja zacznę. Temat niejednorodny, bo od ogrodu do koronawirusa. Trochę filozoficzny. Zacznę od ogrodu. Jeśli zaniechamy wszelkich działań i pozwolimy naturze rządzić się swoim życiem, jak przed wiekami, to będą drzewa, duże, które potem trach, i od nowa, ale najpierw ja będę musiała mieszkać w trochę zaniedbanym otoczeniu, a ja oprócz drzew, chcę mieć w swoim ogrodzie nie tylko łąkowe kwiaty, a tym przeszkadzają chwasty, bo są silniejsze w walce o słońce, o wodę itd. Nie oznacza to że mój ogród jest do cna wyczyszczony. Zostawiam w kącie pokrzywy dla motyli, gałęzie, tudzież jesienne liście dla jeża, którego nigdy u mnie nie widziała, a wałęsa się to czasem po ulicach, aby być rozjechane. Chciałam już kiedyś takiego zabrać do domu, ale uświadomiłam sobie, że może ma w okolicy swoje dzieci, które bez niego zginą, pozwoliłam mu więc tylko przejść na drugą stronę jezdni. Trochę rozkładających się liści, ale nie za dużo, zostawiam też wiosną. Niech się robi kompost, bo nie chce mi się tego przerzucać z grządek na stertę kompostu, a potem z powrotem.
    A koronawirus. Walczyć, ograniczać, kontrolować. Uważam, że gdybyśmy mieli tylko myślących i rozsądnych ludzi to pozostawić samopas jak dziką przyrodę. Niestety, nasze społeczeństwo nie dorosło do trudnych czasów. Nie potrafi samo sobie wyznaczać pewnych granic, za nic ma słabszych. Liczą się tylko ich własne przyjemności, zabawa, podróże. Szkoda tylko, że ci wszyscy odważni nie poświecą się teraz jako wolontariusze przy opiece chorych, którzy umierają w strasznych warunkach, pozbawieni swoich bliskich, samotni. Gerojstwo jest niestety tylko w gębie. A zatem w sprawie koronawirusa muszą myśleć inni. Ja obostrzeń nie dostrzegam. Po galeriach się nie wałęsam, gotuje sama więc knajpy są mi niepotrzebne, a czas wolny, co prawda takiego nie mam, spędzam w ogrodzie, aby kopać, przesadzać i pielęgnować, też się wylegiwać słuchając kosów nad głową.

  • Liliana Hilsberg pisze:

    Masz rację, że umiarkowane i rozważne gospodarowanie jest najlepszym wyborem. Obserwacja, jak reaguje zagospodarowywana przyroda, współgranie z obiegiem wiatru i wody, rozumne użycie siły ludzkiego działania. Jako nastolatkę, w połowie lat siedemdziesiątych, zafascynowała myśl zawarta w Raporcie U Thanta: trwałe użytkowanie ekosystemów. Średnia ścieżka, miedza złota, jak u Horacego; dobre gospodarowanie. Nie – rygoryzm konserwatorskiej ochrony przyrody, dążącej do wyrugowania człowieka z krajobrazu i nie – eksploatacja i sterylizacja świata (w czym mieści się kompulsywne koszenie i wyrywanie..). Podzielam Twój pogląd, że przepuszczenie koronawirusa przy zachowaniu podstawowych zasad bezpieczeństwa, jak przy grypie (unikanie tłumów, noszenie rękawiczek – nie podawanie gołych rąk, lekki dystans wobec innych ludzi, szybka reakcja na objawy choroby), wystarczyłyby do pozbycia się problemu tej zarazy prawdopodobnie już zeszłej wiosny. Jednak wirus, mimo, że przyszedł do Polski ze słabnącym impetem, przyszedł też z instrukcją obsługi: „Potwornie niebezpieczny! Zamykajcie, wstrzymujcie, izolujcie, stańcie w miejscu!“. No i ruszyła polityka samozagłady, o czym za chwilę. Nie masz racji co do Księgi Przemian. Obecna sytuacja w Polsce i na świecie nie jest w niej opisana. Bo to, co się dzieje, nie jest po prostu ciemną, zimną zasadą yin. Twórcy I Chingu prawdopodobnie nie brali pod uwagę, że można zatrzymywać życie i rozwierać informację, która służy życiu i jego żywieniu tak, by pozostała jedynie informacja o cechach silnie skupiających (wyizolowanie każdego człowieka) i silnie rozpraszających (rozproszenie wspólnoty ludzkiej). To hiatus – rozwarcie, nieciągłość przestrzeni służącej życiu istot świadomych w czasie, równoznaczny z odcięciem życia od jego żywienia. Brak złotego środka, umiarkowania w działaniu, rozumności, namysłu, rozważania plusów i minusów – żywiących życie. Nie I Ching, lecz Apokalipsa Świętego Jana opisuje to, co się dzieje obecnie. Wielka nierządnica na tronie świata to qrwa – odcięcie życia od żywienia, hiatus. Sądzę, że lekarze nie powinni rządzić społeczeństwem, nawet z drugiego rzędu, jako doradcy. Zamienili kraj w szpital, a szpital to nie jest miejsce dla ludzi zdrowych. Bywa, że nie jest to miejsce także dla chorych.. Przeniesienie praktyki typowo szpitalnej (wykonywanej w ograniczonym czasie i kontrolowanych warunkach higieny) na niemal całe społeczeństwo i w niemal całą przestrzeń – mam na myśli ciasne maskowanie nosa i ust – niesie ogromne zagrożenie dla zdrowia i bytu ludzkiego. Oddychanie przez nos jednolicie podgrzanym powietrzem, którego plaster tworzy się pod maską, zaburza działanie termoregulacji mózgu (poprzez zatoki nosowe i czołowe) i serca (poprzez krew). Termoregulacja wdychanym powietrzem wymaga różnic jego temperatury. Efektem są przegrzane głowy: tępienie umysłu i choroba Alzheimera dla starszych, zaburzenia rozwoju umysłowego dla dzieci. Także alergie są związane z przegrzaniem. Nie będę rozwijać tego tematu, ale wracając do umiarkowania w działaniach związanych z przyrodą – w obliczu powyżej napisanych słów – marne widzę perspektywy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.