Foredżer, jestem foredżerem – nowe słowo w języku polskim

Nie jestem fanem kopiowania na siłę słów z innych języków, ale naprawdę nie wiem jak mógłbym przetłumaczyć angielskie słowo forager, określające to kim jestem. Więc po prostu będę pisał foredżer.

Foredżer to ktoś kto czasem/często/zawsze (niepotrzebne skreślić) zdobywa pożywienie z natury, ktoś kto zbiera i łapie coś do rąk. A więc kto jest bliski pierwotnym zbieraczom-łowcom tym że szuka jedzenia poza supermarketem i polem czy ogródkiem. Kto zbiera dzikie zielsko do jedzenia, wykopuje korzenie, zbiera grzyby, łapie owady i poluje. Foredżerem jest więc i dziewczynka zbierające maliny, grzybiarz, jak i ktoś kto łapie mrówki.  Zwykle ktoś kto poluje ze strzelbą jest już tylko myśliwym, ale ktoś kto łapie do ręki pstrąga to jeszcze foredżer. Ale foredżer najczęściej zbiera i zielsko i korzonki i grzyby i małe zwierzątka.

Czy można słowo foredżer czymś zastąpić? Ciężko. Zbieracz to zbyt ogólne i niejasne. Grzybiarz za wąskie. Zielarz to coś innego. Miłośnik dzikiej kuchni za długie.

Kilka lat temu grupa kilku brytyjskim foredżerów zebrała się do kupy i dwa lata temu założyła na zebraniu w Bristolu stowarzyszenie Association of Foragers. Miałem wielką przyjemność zostać jednym członków-założycieli, a kilka dni temu wziąć udział w trzecim już zlocie. Członkiem stowarzyszenia może zostać ktoś kto prowadzi warsztaty dzikiej kuchni i zostanie rekomendowany przez dwóch innych członków.

W Wielkiej Brytanii działa już kilkudziesięciu foredżerów. Jest to gęsto zaludniony kraj i zupełnie innych tradycjach zbierackich niże Polsce. W Wielkiej Brytanii chodzenie po lesie i zbieranie grzybów szokuje. Przeciętnemu Brytyjczykowi wydaje się, że grzybiarz wezmą i wyzbierają wszystkie grzyby w lesie. Ludzie, którzy to robią są często napastowani i karania mandatami. Do tego dochodzi silne poczucie własności. Lasy są często prywatne, a ich właściciele nie życzą sobie, żeby ktoś się kręcił po ich posesji. Pastwiska są ogrodzone żywopłotami i płotami. Foredżerom pozostają zwykle państwowe lasy, przydroża i brzegi mórz. Niestety kilka lat temu New Forest w południowej Anglii, wielki obszar słynący z bogatej flory grzybów, wydał zakaz ich zbierania, co stało się jednym z powodów założenia tego stowarzyszenia. Grzybiarze znów wrócili do New Forest, ale stowarzyszenie pozostało.

Na ostatnim zjeździe miałem okazję podziwiać ów New Forest. Jest to wielki teren należący głównie do dóbr królewskich. Posiada przepiękne stare plantacje drzew iglastych, m.in. sekwoje, daglezji i choiny. Dużo też jest leśnych pastwisk, spotkać też można dzikie konie. W lesie tym prowadził nas 85 letni Roger Phillips, wielka legenda ruchu dzikiej kuchni. Autor wielu ciekawych książek przyrodniczych, w tym kultowej Wild Food oraz bardzo dobrego przewodnika dla grzybiarzy. Roger tryska radością, energią i zdrowiem.

W trzeci dzień zjazdu mieliśmy warsztaty z wodorostów ze światowej sławy ich znawcą prof. Christine A. Maggs z Dublina, która wprowadziła nas w świat jadalnych wodorostów Wysp Brytyjskich. Jest ich ponad 700 gatunków – bo nie ma wodorostów trujących! Opowiadała o nowych przybyszach np. o japońskim wakame, czy Sargassum z Ameryki, a nawet o wodorostach australijskich. Wiele z tych gatunków pojawiło się z powodu handlu wschodnioazjatyckimi ostrygami. Wodorosty przybywają jako pasażerowie na gapę wraz z nimi.

Jak wygląda „zbieractwo” w Polsce a jak w Wielkiej Brytanii? U nas niestety sezon jest krótszy. W Wielkiej Brytanii nawet w środku zimy jest dużo rozetek jadalnych dzikich warzyw, a wiosna zaczyna się średnio o miesiąc wcześniej. No i Brytyjczycy mają bardzo długie i różnorodne wybrzeże. Jakie to cudowne łączyć warsztaty dzikich warzyw z potrawami  z morskich małży czy wodorostów! Nasz kraj natomiast broni się dużo luźniejszym podejściem do własności. Mniej obawiać się musimy tego, że ktoś będzie nas ścigał za zbieranie pokrzyw. W każdym miejscu świata foredżer znajdzie coś ciekawego.

Roger Phillips, autor wielu genialnych ilustrowanych książek o roślinach i grzybach

Monica Wilde, czołowa szkocka foredżerka, moja nauczycielka wodorostów, właścicielka słynnych zielarni Napiers w Edynburgu i Glasgow

John Rensten, autor „The Edible City”

 

Duch Lasu New Forest

nasze grzybowe zbiory pieprzników trąbkowych i boczniaków

Foredżer z Polski pod mamutowcem

z lewej Miles Irving, autor „The Forager Handbook”

 

owoce jesionu w occie i cukrze

nasza główna gwiazda prof. Maggs (poniżej) i jej wykład (powyżej)

brunatnice i poniżej krasnorosty

 

10 komentarzy

  • Mieszko napisał(a):

    Furażer. Dawniej to słowo miało nieco inne znaczenie, oznaczało osobę odpowiedzialną za wynajdywanie i dostarczanie paszy dla koni wojskowych, ale źródłosłów dokładnie ten sam – francuski, co fourager, To jest dokładnie to słowo. Może warto rozszerzyć jego znaczenie, zamiast kopiować wyraz angielski? Zresztą polski „furażer” po angielsku to dokładnie „forager”. Powinien Pan sprawic sobie furażerkę.

    Pozdrawiam,

    • Łukasz Łuczaj napisał(a):

      rewelacja! dzięki za uwagę – może nawet włączę ją do artykułu bo ważne!!!

    • Paweł napisał(a):

      Zgadza się. „Furażer”, nie „foredżer”. Warto też zapoznać się z terminem „furażowanie”. Używa się go, określając aktywność mrówek polegającą na wyszukiwaniu pokarmu i znoszeniu go do gniazda. Pozdrawiam

  • Maciek i Maja napisał(a):

    Okazuje się, że jesteśmy z Żoną foredżerami :)
    I to dzięki Panu, Panie Łukaszu.

  • Aniela napisał(a):

    zbieracz faktycznie trocę mało precyzyjne ale zbieracz-zjadacz już bliższe ;)

  • Regina napisał(a):

    Super artykuł. Niezłe inspiracje. Wygląda na to, że też jestem foredżerem, bo często na moim stole pojawiają się zdobycze dziko rosnące. Ale nie pomyślałam, żeby zrobić coś z owoców jesiona , kradnę pomysł. Ciekawa jestem ich smaku.

  • Andrzej napisał(a):

    „Forager ” to jest po prostu „zbieracz-wędrownik”, Panie Łukaszu…

  • Zdrowie Paleo napisał(a):

    Doskonale odnajduję się w tematyce tego wpisu. Trudno mi powiedzieć, że jestem teraz foragerem (ja chyba aż tak nie lubię spolszczać;-) i to zawdzięczam właśnie głównie mieszkaniu w UK.
    W Polsce, jak tylko jestem, zbieram :-) Albo na swojej łące, albo na okolicznych, znanych terenach. Żeby nie być gołosłowną, tutaj moje skromne zbiory: https://www.zdrowiepaleo.pl/2015/09/26/dzikie-owoce-jesienna-zabawa-w-zbieracza
    W UK też zbierałam. Męczy mnie w tym kraju wysoka urbanizacja (domki szeregowe i zero roślin na większości ulic i tak całymi dzielnicami), a z drugiej strony kawałek za miastem robi się dziko. Te wszystkie płoty i prywatne ścieżki bardzo kontrastowały mi z polskimi otwartymi terenami, kiedy zamieszkałam w północnej Walii, która w ogóle była dla mnie tak egzotyczna, że aż założyłam mojego pierwszego bloga o tamtejszym życiu (muszę go znowu wskrzesić ;-). Udało się tam jednak pozbierać trochę jeżyn (tubylcy patrzyli na to trochę dziwnie). Do tej pory pamiętam niebiański zapach powideł różanych bez cukru z owoców róż zebranych na dzikiej plaży.
    Mieszkałam też przez jakiś czas w Bristolu (trafiły się jeżyny), ale niestety wtedy zaczęły się częściej pojawiać obostrzenia prawne albo po prostu zaczęłam się tematem interesować i je zauważać, więc odechciało mi się zbierania i ryzykowania. Szkoda, bo UK ma naprawdę potencjał przyrodniczy. Do tej pory pamiętam, jak dziwiły mnie stokrotki kwitnące właściwie zimą. Teraz na spacerach w pobliskim parku nadal nie mogę oprzeć się zdziwieniu, kiedy fotografuję kwiaty, które kwitną w nim przez cały rok.
    W przyszłości raczej będę zbierać w Polsce albo wybiorę się na jakieś warsztaty, gdzie mam nadzieję, że ktoś wyjaśni mi też podstawy prawne ;-)

  • Stefan napisał(a):

    Koczownik, jełopie!

  • widal napisał(a):

    Koczownik to sposób życia, a nie jedzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *