Jeden dzień życia z darów lasów i łąk

Zaczynając swoją przygodę z dzikimi roślinami robiłem sobie jedno, dwudniówki a nawet 3-dniówki, kiedy jadłem tylko to co dzikie, zebrane z lasu i łąk. Po latach znowu zrobiłem sobie taki „dziki dzień” inspirowany książką Moniki Wilde „Wilderness Cure”. Monica przeżyła przez rok nie chodząc do sklepu. Jadła to co zebrała sama lub co zebrali lub upolowali jej znajomi. Niesłychanie piękna książka, pełna dygresji i refleksji, pamiętnik z roku bycia żywnościowo niezależnym. Monice był łatwiej bo została obdarowana kilkoma zwierzętami, które dawały jej bardzo pożywną „mięsną bazę” do reszty dodatków.  Jako że robiłem sobie tylko jednodniówkę na dziko postanowiłem że wszystko co zjem będzie z okolicy mojego domu.

Tu są wywiady z nią:

Wieczorem 22 sierpnia zebrałem kilkadziesiąt orzechów kotewki. Kotewka jest bardzo rzadką rośliną, chronioną jeśli występuje w stanie dzikim. Miałem jednak o tyle łatwo, że uprawiam ją od 20 lat w stawie. Teoretycznie jednak, gdybym był zbieraczem łowcą wiedziałbym, gdzie znaleźć dzikie populacje, potraktowałem ją więc jako dziką roślinę, która nadaje się do eksperymentu.

23 sierpnia o godz. 8.30 ugotowałem 27 owoców kotewki które ważyły 175 g, Z tego wyszło 30 g pysznego gotowanego wnętrza przypominającego smakiem ziemniaki. Znalazłem także 2 bulwki strzałki wodnej i ugotowałem (3 g).

Potem przeszedłem się na spacer i nazbierałem 488 g jeżyn. Wiele gatunków już zakończyło owocowanie. To co zostało to były gatunki Rubus montanus i R. hirtus.

Ok. 11.30 miałem kryzys – zaczęła mnie bardzo boleć głowa. Już miałem się poddać i pojechać do sklepu po jakieś produkty, kiedy uświadomiłem sobie że to pewnie od braku kawy, którą regularnie pijam. Postanowiłem jednak kontynuować eksperyment, robiąc sobie wyjątek w postacie małej czarnej. Pomogło!

O 12.30 zacząłem zbieranie roślin w sąsiedniej wsi Rzepnik. Zjadłem kilka jagód rokitnika, który tam rośnie przy drodze, ale były jeszcze niedojrzałe (z resztą zawsze jest bardzo kwaśny). W Rzepniku znalazłem dużą kępę niecierpka himalajskiego (n. gruczołowatego). Ma niezwykle pożywne nasiona bogate w nienasycone kwasy tłuszczowe. Smakuje jak sezam. W Chinach niecierpki nazywane są dzikim sezamem. Ten gatunek jest jadany w Kaszmirze. Szkoda że dopiero zaczynał owocowanie więc nasion było bardzo mało. Po 10 minutach uzbierałem 7 g, ale jak smakowały!

O 14.30 nazbierałem jeszcze 160 sztuk kotewki – ugotowałem potem 60 sztuk, które ważyły 295 g a po wyłuszczeniu równe 70 g. W pobliskim jodłowym lesie znalazłem siedzunia sonsowego, 2 gołąbki zielonawe, maślaka sitarza i podgrzybka brunatnego. Moje ciało podpowiadało mi jedna że mam zjeść dzisiaj tylko siedzunia i gołąbki. Prażyłem je na patelni bez tłuszczu. Wyszły wybornie. Moje lekko wygłodzone ciało odbierało ich zapach jak zapach mięsa. Gołąbki ważyły 75 g a siedzuń 106 g. Gołąbki zjadłem ok. 16ej, a siedzunia dopiero wieczorem.

Nazbierałem też dzikich gruszek, prawdziwych czystych okrągłych malutkich gruszek polnych, która właśnie wyjątkowo wcześnie dojrzały z w powodu upałów. Było tego 117g  z czego części, które zjadłem 56 g. Jedzenie ich dawało mi rozkosz i ukojenia bo są bardzo słodkie. Skubnąłem też kilka owoców jarzębiny, ale były jeszcze niedojrzałe.

O 16.30 pojechałem 6 km dalej do Wojaszówki nad Wisłok poszukać nasion niecierpka. I znowu okazało się, że dopiero zaczyna owocować. Wyszło 14 g po 15 minutach zbierania.

Po powrocie znalazłem także w lesie zdziczałą jabłoń o malutkich owocach, były kwaśne ale dało się je już jeść. Byłem w stanie zjeść tylko 79 g, więcej nie byłem w stanie przełknąć z powodu kwasoty.

Ok. 17.30 zebrałem 20 koników polnych, które upiekłem i zjadłem ze smakiem –  ważyły 3 g.

Niestety przegoniła mnie burza. Podczas ucieczki przed deszczem zapomniałem wykopać 2 piękne korzenie młodych tegorocznych dzikiej marchwi…

W końcu wieczorem zjadłem jeszcze 88 g jeżyn.

Z kiści bzu czarnego, garści derenia jadalnego, jarzębiny, rokitnika i zdziczałych mirabelek (i posadzonej w ogrodzie aronii), każdego po ok. 5-20 g zrobiłem kompot. Wypiłem też kubek naparu z piołunu.

Dużą część wieczora zajęło mi rozdłubywanie owoców kotewki. Siedziałem z nożem ponad godzinę.

Szukanie roślin, ich gotowanie i obróbka zajęły mi przynajmniej 6 godzin

W sumie moje pożywienie miało gdzieś między 500 i 600 kalorii. Gdybym zjadł drugie tyle kotewki i ok. 50% owoców (co było do realizacji), mój urobek zwiększyłby się do 700 a może nawet 800 kalorii. Nie miałem wielkiej presji na „napychanie się” – wiedziałem, że w kolejnym dniu będę jadł do syta…

Ten eksperyment pokazuje jednak, że zdobywanie kalorii w dzikiej przyrodzie jest bardzo trudne o ile nie uciekamy się do polowania na duże zwierzęta lub łowienia ryb. Łatwiej byłoby w okresie owocowania żołędzi i gdy kłącza pałki wodnej są już wypełnione skrobią – a więc za miesiąc. W lesie szukałem orzechów laskowych, ale jeszcze nie owocują. Nie ma jeszcze też wielu jadalnych korzeni, ale one też nie są zbyt kaloryczne. Nawet jednak zdobywając 500 czy 1000 kalorii dziennie w sytuacji surwiwalowej ograniczamy spadek masy ciała. Po kilku dniach takiej diety poziom naszego metabolizmu się obniży, więc na tego typu diecie możemy przeżyć spokojnie kilka miesięcy, najwyżej po prostu chudnąc. Autorka książki Wilderness Cure przez rok żywiła się na diecie ok 900 kalorii dziennie, schudła ponad 30 kg a jej partner 10 g, ale oboje czuli się bardzo zdrowo, gdyż dzika dieta jest pełna wartościowych składników odżywczych.

Ważne jest, że jadłem to co była SMACZNE. Jedząc też trochę owoców, trochę nasion, orzechów kotewki, owadów i grzybów miałem poczucie, że to co jem jest pyszne, wymagało jednak dużo czasu na zebranie lub przyrządzenie.

I jeszcze jedna refleksja. Zbierając dzikie rośliny do łączenia z mąką czy innymi składnikami cywilizacji często zbieramy rośliny o silnych smakach, aromatyczne zioła itp. Próbując jednak zdobyć kalorie nasz organizm szuka smaków łagodnych, słodkich, mącznych, mięsnych. Stąd mój organizm chciał jeść bulwy, owoce, owady.

3 komentarze

  • Magdalena pisze:

    Brzmi jak super przygoda.

  • Łukasz pisze:

    W zeszłym tygodniu wypatrzyłem siedzunia dębowego w Beskidzie Sądeckim związany jest wbrew nazwie z jodłą. Nie zebrałem bo jest pod ochroną jednak i tak kilkudniowe grzyby były suche/ żylaste/ przesuszone. Do jedzenia nadawały się jedynie świeże krasnoborowiki (ceglaki). Podejrzewam, że Pan też mógł spotkać siedzunia dębowego.

    • Łukasz Łuczaj pisze:

      tak, głównie pod jodłą, raz przez pomyłkę zjadłem bo myślałem że sosnowy, ale ma niezbyt przyjemny żywiczny posmak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.