Nawłoć – wróg bioróżnorodności

Mimozami jesień się zaczyna, złotawa, krucha i miła” – śpiewał Czesław Niemen, cytując wiersz Juliana Tuwima.

Owe mimozy, to nie subtropikalne drzewa, jak wynikało by z nazwy. W centralnej Polsce mimozami ludzie nazywają nawłocie, które pod koniec sierpnia dominują w krajobrazie Polski. Jadąc pociągiem czy samochodem, widzimy wielkie łany kwitnących na żółto nieużytków. Niestety, większość tych żółtych kwiatów to dwa obce (amerykańskie) gatunki nawłoci – nawłoć późna (olbrzymia) Solidago gigantea (powyżej na zdjęciu) oraz nawłoć kanadyjska S. canadensis, które były uprawiane w ogrodach, a potem zdziczały i opanowały nasz krajobraz. Te dwa gatunki są bardzo podobne do siebie. N. kanadyjska różni się tym, że ma owłosione ogonki liściowe i nasady liści. W naszym kraju (często w tych samych miejscach) występuje też trochę mniejsza i bardziej niepozorna nawłoć pospolita Solidago virgaurea, o wydłużonym, wyprostowanym, walcowatym kwiatostanie.

Są to ładne i sympatyczne rośliny, a na dodatek miododajne. Niestety są bardzo inwazyjne i wypierają inne, rodzime gatunki roślin. Zarastają nie tylko nieużytki porolne, ale wkraczają czasem i na murawy kserotermiczne. Świetnie się rozsiewają, a na dodatek rozmnażają się też przez rozłogi.

Z problem inwazyjności nawłoci spotykają się też osoby zakładające łąki kwietne. Wielu moich klientów to osoby mieszkające w krajobrazie podmiejskim Niżu Polski, gdzieś pod Warszawą, Łodzią czy Poznaniem. A tam często królują nieużytki zarośnięte przez nawłocie, wrotycz i trzcinnik pospolity. Na założone powierzchnie powracają często wyżej wymienione dwa gatunki nawłoci amerykańskich. Jak je ograniczyć?

Po pierwsze są to gatunki kwitnące późno, w sierpniu. Zwykle jeśli chcemy roślinie wieloletniej zaszkodzić, zwalczyć ją najlepiej kosząc przed kwitnieniem. Skoszenie kwitnących w sierpniu nawłoci (lub prawie kwitnących w lipcu) już niewiele im szkodzi, bo przez cały sezon zgromadziły w korzeniach wystarczająco dużo substancji odżywczych. Skoszenie ich wcześnie (w maju) też niewiele im szkodzi, bo zdążą odrosnąć i zakwitnąć. Jeśli możemy kosić tylko raz w roku, róbmy to w II połowie czerwca. Tak skoszone nawłocie będą osłabione i przepuszczą więcej światła, dadzą więcej miejsca innym roślinom. Mam taką jedną łąkę, która jest bardzo daleko, gdzieś na peryferii moich włości. Wjeżdżam tam tylko raz w roku z koszeniem, od 10 lat. Kiedyś była porośnięta całkiem nawłocią. Teraz nawłoć stanowi ok. 30% powierzchni – jest miejsce dla innych.

Jeszcze lepszym pomysłem jest koszenie terenu 2-3 razy w roku. Przy tej częstości już po kilku latach nawłoć zniknie. Przy dwukrotnym koszeniu potrzebny jest okres około 5 lat.

W najgorszej sytuacji są moi klienci, którzy chcą założyć wieloletnią łąkę kwietną (u mnie pod nazwą Kwietna Murawa) złożoną z umiarkowanie sucholubnych roślin niezbyt lubiących koszenie (np. dziurawiec, dziewanna, wiesiołek, mydlnica, chaber driakiewnik, rumian barwierski itp.). Tutaj nie możemy terenu wykaszać w czerwcu, bo wyniszczymy też wysiane przez nas gatunki. Rozwiązania są następujące:

  1. wyrywać nawłocie ręcznie – mają słaby system korzeniowy i jeśli mamy teren do 1000 m kw. to się da.
  2. kosić w miejscach, gdzie nawłoci jest dużo, resztę wyrywać ręcznie
  3. wykaszać teren na wysokim ustawieniu kosiarki w połowie maja. Osłabia to nawłoć (chociaż trochę), a nie zabija też wysianych gatunków rodzimych ozdobnych bylin. No i patrz punkt 1, jak się da, to wyrywać ręcznie.

Solidago virgaurea

Nasza krajowa nawłoć pospolita, mniejsza siostra amerykańskich „potworów”, występuje z nimi często razem. Pospolita także na suchych pastwiskach.

18 komentarzy

  • Agniecha napisał(a):

    Dzień dobry. Panie Łukaszu, a kiedy najlepiej kosić, żeby pozbyć się z łąki i pastwiska wrotyczu?

    • Łukasz Łuczaj napisał(a):

      Ha, ha, myślałem żeby też napisać o wrotyczu, widzę że mi nie jednemu nawłoć i wrotycz kojarzą się razem. Wrotycz jest gatunkiem europejskim, ale też bardzo ekspansywnym na nieużytkach i jak wejdzie w łąkę kwietną, także może ją opanować. Postępować z nim należy jak z nawłocią. Jeśli chcemy uzyskać jakąś miłą bezwrotyczową łączkę lub wysiała Pani moją Polską Łąkę Kwietną, to wystarczy parę lat kosić dwa razy w roku i ograniczymy go prawie do zera. Jeśli wysiała Pani Kwietną Murawę lub rośnie on w otoczeniu innych wysokich późnokwitnących bylin, to pozostaje wyrywanie ręczne. Ciężej się go wyrywa niż nawłoć, za to mniej rozrasta się wegetatywnie. W ogóle jest to pozytywna roślina: używano jej do leczenia robaków, ma ciekawy odświeżający zapach i komary jej nie lubią. W kręgach szamańskich uchodzi za roślinę odstraszającą złe moce. Nie ma sensu z nim całkiem walczyć, wystarczy go ograniczyć. W Anglii w naturze nie jest taki ekspansywny jak u nas, i tam go ludzie SPECJALNIE hodują w ogrodach ziołowych. I jeszcze się nim chwalą!

  • Liliana Hilsberg napisał(a):

    Nawłoć i wrotycz to pikuś, a co z trzcinnikiem? Na jednokośnej (albo 1x /dwa lata) dzikiej murawie protegowałam go przez dwa sezony, żeby zobaczyć, co dalej. I mam! Ale już nie chcę w ogóle.. Co Pan radzi? Glina piaszczysta na morenie czołowej na Mazowszu.

    • Łukasz Łuczaj napisał(a):

      Dokładnie… nawłoć to pikuś przy trzcinniku. To NIEZWYKLE trudna do wyniszczenia roślina, walczę z nią od lat… Temat na osobny artykuł. Ogólnie koszenie 2 x w roku lub herbicyd na jednoliścienne.

  • Agniecha napisał(a):

    Ja również posadziłam sobie wrotycz wśród innych kwiatków na rabacie, ale na pastwisku dla koni, w dużych ilościach, przeszkadza mi. Opinie specjalistów są niejednoznaczne, niektórzy twierdzą, że wrotycz szkodzi koniom, inni, że jest naturalnym środkiem odrobaczającym. Być może szkodzi w nadmiarze, albo kumulując się z czasem w organizmie zwierzęcia. Więc wolałabym nie ryzykować, i ograniczyć nieco jego ekspansję. Dziękuję za poradę. Pozdrawiam.

  • Liliana Hilsberg napisał(a):

    Różne doświadczenia z nieco większymi trawami tzw. ozdobnymi (ostatnim doświadczeniem był trzcinnik:) spowodowały, że odradzam je każdemu, kto chciałby je mieć w ogrodzie. Ale nabrałam tez dystansu do „niewinnego” maku polnego – niech szczeźnie lub wraca na pola! Testowany w ramach chwastów polnych lata temu, na średnio żyznym, obojętnym (idącym w zasadowe) podłożu, okazał się monstrum, rosnącym wysoko i wylegającym już w połowie czerwca – czym skutecznie wyniszczał inne gatunki, sam będąc zamierającym, obficie sypiącym nasionami posuszem. Koszenie nie pomagało, wyrywanie – lepiej. Opanowałam sytuację po kilku latach intensywnych starań, choć nadal pojedyncze rośliny pojawiają się tu i ówdzie. Myślę, że lekka (możliwa, nie badałam) zasadowość gleby i średnia żyzność złożyły się na takie kłopoty. Tyle zysku, ze były pouczające..:)

    • Łukasz Łuczaj napisał(a):

      to bardzo dziwne i niespotykane! mak wymaga zwykle corocznego zaorywania… na pewni ustąpi nawłoci, wrotyczowi i trzcinnikowi

  • Kinga napisał(a):

    Dzień dobry, po raz kolejny stwierdzam, że zapraszam do swojego ogrodu rośliny, które inni tępią. Mam nawłoć. Pokrzywy. Mam podagrycznik. Szukam ładnej kępy wrotyczu, jak tylko popada to przesadzę. Pod lasem panoszą się paprocie. No i trzcinnik! Był na terenie mojego ogrodu przede mną, oczywiście nie ocalał na trawniku i na łące kwietnej, ale w odległej części ogrodu wygląda pięknie. Co ciekawe, dosiałam tam łąkę kwietną, i w ostatnich latach właśnie tam kwitnie ona najbujniej.
    Dla mnie utrapieniem są powój i koniczyna polna, czyli każdy jednak ma swojego prywatnego „wroga” Pozdrawiam :-)

  • Liliana Hilsberg napisał(a):

    Chwasty polne w ogrodzie raczej oderwane są od typowego użytkowania polnego, m.in. orki; mają być ozdobą, przyrodnicy mówią także o ochronie wymierających gatunków i zwiększaniu bioróżnorodności. Ale przyroda nie działa schematycznie, o czym – prowadząc w krajobrazie działania twórcze – można się (boleśnie) przekonać. Ogólnie rzecz ujmując, każde pojawienie się danego gatunku lub jego zachowanie się w danym miejscu (vide monstrualny mak polny) są informacją o funkcjonowaniu krajobrazu.

  • Tomek k napisał(a):

    Nawłoć na terenie, którym właśnie zaczynam się zajmować, zajmuje na razie stosunkowo niewielkie obszary, więc sobie z nią poradzę. Mogę ją nawet ciachać miejscowo ręczną kosą kilka razy w roku. Dużo gorszy jest wszechobecny chmiel, rozważam nawet wyrywanie/obcinanie pojedynczych pędów i zakraplanie końcówek nierozcieńczonym roundupem, żeby poszczególne, ukorzenione egzemplarze po prostu zakończyły żywot. Plus niestety od strony rowu melioracyjnego opryski – nie da się chyba inaczej ograniczyć ekspansji tego pnącza. Wczoraj zresztą odnotowałem przy rowie pierwszy egzemplarz kolczurki – ciekawe, jak będzie przebiegać jej konkurencja z chmielem, będę obserwował. atomiast na swoją działkę nie mogę tego wpuszczać, bo się nie ogarnę.
    Z pozytywów mam trochę wierzbówki, dużo dziurawca. Po bokach pokrzywa – niech sobie będzie, jest nie gorsza od szpinaku w smaku. Rozważam założenia kąta/rabaty z arcydzięglem – nasiona przywiozłem sobie znad Zalewu Szczecińskiego. Niestety trzeba będzie nieustannie pilnować, żeby ziemia była wilgotna (a w tym roku wyschła na kamień) – albo dam go na wyczyszczonej ziemi koło rowu… Tak czy inaczej tegoroczne nasiona trzeba wysiewać jak najszybciej, jest na to ostatni moment – myślę, że jak w tym tygodniu rzucę na ziemię, to jeszcze wykiełkują… A może wyhodować siewki w donicach? Da się tak z arcyzielem? Chitry plan ;)

    • Łukasz Łuczaj napisał(a):

      da się

      • Tomek k napisał(a):

        Już wszystko rozrzuciłem (w dniu 24 sierpnia) – pod rynnami i do rowu, gdzie tliła się jeszcze wilgoć :)
        Zobaczymy, jak te arcy-siewki wzejdą…
        Co do tej nieszczęsnej nawłoci to myślę, że w końcu ją rodzima przyroda utemperuje i sprowadzi do roli jednej z wielu komponent krajobrazu… przypomina się historia moczarki kanadyjskiej, która chyba w XIX w. zatykała kanały i turbiny, byłą istną plagą, zarazą wodną. Z czasem stała się po prostu jednym z elementów wodnej flory i tyle. Owszem, są kanały i rowy przerośnięte moczarką, są korzuchy moczarki na całych połaciach jezior (np. jez. Dąbie w Szczecinie) ale to już nie to, co w fazie ekspansji. Utemperowała się :)
        Pamiętam powrót jelca (taka ryba karpiowata) do szczecińskich rzeczek, z których zniknął gdzieś w latach 70-tych. W pierwszej fazie powrotu do środkowego biegu rzeki Krąpiel była to istna inwazja – pływały ogromne ławice dorodnych jelcy, bardzo do tego płochliwych i ostrożnych. Taka faza wysypu, po której nastąpiła normalizacja – i jelec jest teraz po prostu jednym z gatunków, a nie dominantą. Przed wysypem zapewne miało miejsce coś, co można by nazwać inkubacją: zadomowienie się pierwszych osobników i założenie przez nie pierwszych pokoleń jelcy. Potem ten wysyp a potem normalizacja.
        To może być pewna ogólna, uproszczona reguła w rozprzestrzenianiu się gatunków i to pozwala mi patrzeć ze spokojem na ekspansję nawłoci. Poczekajmy spokojnie :)

  • Małgorzata napisał(a):

    Niecierpek drobnokwiatowy też jeszcze niedawno był bardzo ekspansywny, rósł w cienistych miejscach gdzie się dało całymi łanami, ostatnio jakby trochę przygasł, mniej go widać.

    • Tomek k napisał(a):

      Będę zwracał uwagę. Mnie zaciekawiło rozprzestrzenianie się arcydzięlga nadbrzeżnego na północy – spotykam go np. na terenie Szczecina (Dąbie) – kiedyś go tam nie było, nie pamiętam.
      Akacja jest też bez wątpienia inwazyjna – wszędzie siewki, dorosły już gdzieniegdzie całe laski akacjowe – u nas zupełnie nowy ekosystem. przy okazji wycinek pod budowę drogi ekspresowej odsłonięto „przekrój” takiego lasku i muszę powiedzieć – że robi specyficzne wrażenie, zupełnie inne niż pojedyncze akacje (inny pokrój drzew rosnących w zagęszczeniu) i inne, niż rodzime, typowe lasy czy to iglaste, czy mieszane albo bukowe. Od razu mi się skojarzył z tradycyjnymi, dalekowschodnimi drzeworytami i z Koreą: „patrz, lasek jak w Korei” powiedziałem – i żona się zgodziła ;)

  • Lukasz napisał(a):

    W temacie „wrogow”, moja bolaczka sa krzaki jagod. Na lesnej dzialce, sosnowo-brzozowej, z naturalnym poszyciem, kilkanascie lat temu pojawilo sie kilka krzakow jagod. Trzymajac sie zasady nieinterweniowania w przyrode, dalem im rosnac, ale z roku na rok jest ich coraz wiecej i dzis obawiam sie, ze zdominuja caly teren kosztem pieknych mchow, roznych traw i lesnych kwiatow. Czy jest na to jakas rada? Jak sie pozbyc czy ograniczyc je w prosty i w miare nieinwazyjny sposob? Czy scinanie ich cos da? Maja ogromny system korzeniowy, przez ktory sie rozrastaja. Bylbym wdzieczny za rade!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *