Roundup – nie, dziękuję

Nasze miasta i cmentarze, nasze pola uprawne, przydrożne rowy i ulice, wszystko jest obecnie spryskiwane herbicydem glifosatem. Niestety dopiero po tygodniu od oprysku liście żółkną, a więc zaraz po oprysku nie jesteśmy w stanie dostrzec skażenia. Dlatego dzikie rośliny najlepiej zbierać z dala od pól uprawnych, miejskich chodników i przydrożnych rowów.

 

Co to jest Roundup i glifosat?

 

Po angielsku round up oznacza „coś pozbierać” – na przykład pozbierać zabawki, upuszczone jabłko albo… martwe chwasty z pola. Pewnie dlatego taką nazwę pewna firma dała swojemu produktowi, który właśnie przeznaczony jest do zabijania roślin.

Z Roundupem zetknąłem się dosyć późno, wstyd się przyznać, kilkanaście lat temu. Zamieszkałem w domu na podkarpackiej wsi wokół, którego rosło pełno pokrzyw, nawet przy samych drzwiach. Sąsiedzi powiedzieli mi: „Niech Pan kupi taki środek na pokrzywy w ogrodniczym”. Posłuchawszy tego (szatańskiego?) podszeptu zapytałem w sklepie o ten magiczny środek i dostałem małą flaszeczkę z Roundupem. Uspokojony jego „bardzo niską toksycznością dla zwierząt” co przeczytałem na etykiecie, popryskałem nim swoje pokrzywy. Rzeczywiście po dwóch tygodniach pożółkły a potem zeschły na pył, ale, jak to pokrzywy, za trzy miesiące znów odrosły. I tak herbicydy takie jak Roundup robią karierę – nie tylko jako preparaty używane przez rolników, o czym też później napiszę, ale jako magiczny środek na znienawidzone chwasty. Które i tak wracają. Z ust do ust, od domu do domu rozchodzi się moda na coś co zabija „zielsko”. Bez ostrzenia kosy, bez kopania motyką, bez zatrudniania dawniej bezrobotnego sąsiada, który obecnie wyjechał do pracy w Anglii. Kupujemy flaszeczkę, mały opryskiwacz i fiu… zielska nie ma. Odrasta za parę miesięcy, ale potem znowu, fiu… Widać to szczególnie w maju, kiedy puszcza się młoda trawa i wszystko co zielone. A ludzie chcą to zabić. W niektórych językach słowiańskich maj nosi nazwę „trawień”, teraz można by ją zamienić na „roundupień”…

Chemiczne środki ochrony roślin są powszechnie używane w naszym kraju od kilkudziesięciu lat. Temat ich nadużywania nie jest nowy. Dlaczego więc poświęcamy ten artykuł jednemu z nich? Główna odpowiedź brzmi w tym, że jest to, już od lat 1980. najszerzej na świecie stosowany herbicyd (czyli środek do zwalczania chwastów) oraz w tym, że jest on reklamowany, mniemam fałszywie, jako środek „bezpieczny”. Obecnie możemy mówić wręcz o „kulturze Roundupu”, kulturze opartej o wielkie plantacje genetycznie modyfikowanych odmian utrzymywane dzięki Roundupowi, i odmiany, i Roundup produkowane przez firmę Monsanto. Tak jak kiedyś ktoś nazwał używanie telefonów komórkowych „wielkim eksperymentem na ludzkości” (z powodu domniemanego negatywnego ich oddziaływania na mózg), tak Roundup można by nazwać „drugim wielkim eksperymentem przełomu XX i XXI wieku.

Głównym składnikiem Roundupu jest glifosat, a właściwie jego sól. Hamuje działanie bardzo ważnego dla roślin enzymu syntazy EPSPS (syntaza 5-enolopirogroniano-szikimowo-3-fosforanowa), który jest kluczowym enzymem na szlaku metabolicznym kwasu szikimowego, związanego z biosyntezą aromatycznych aminokwasów (fenyloalaniny, tyrozyny i tryptofanu). Istotny dla działania tego środka jest też surfaktant (detergent) – POEA, środek ułatwiający przenikanie glifosatu do tkanek roślinnych. W preparatach marki Roundup znajdują się też inne substancje modyfikujące działanie glifosatu. Roundup został wyprodukowany w roku 1973 przez firmę Monsanto. Sam glifosat zsyntetyzowano i opatentowano trochę wcześniej, w roku 1964. Roundup jest głównym, najlepiej sprzedającym się, produktem tej firmy. Monsanto opracowało też szereg odmian roślin określanych nazwą Roudnup Ready („gotowe na roundup”), które same są w dużym stopniu odporne na Roundup, a które uprawia się opryskując wielokrotnie tym herbicydem. Glifosat to herbicyd nieselektywny – ostatecznie powoduje obumieranie wszystkich roślin, do wnętrza tkanek których się dostanie.

roundup przydroze

Przydroże na Podkarpaciu opryskane glifosatem. Na bliższym planie widać część nieopryskaną – naturalną łączkę z niezapominajką błotną, jasnotą białą, żywokostem i trawami. Na dalszym planie – pustynia – roślinność zniszczona herbicydem. Fot. Ł. Łuczaj

 

Roundup Ready, rośliny genetycznie modyfikowane i Monsanto

Należy po pierwsze wspomnieć, że główny producent herbicydów z glifosatem – firma Monsanto to dla ekologów i ochroniarzy całego świata prawdziwa „czarna owca” (a właściwie „wilk z bajki”), lider produkcji odmian roślin genetycznie modyfikowanych i chemikaliów stosowanych w rolnictwie. Firma za którą stoi m.in. promowanie w Ameryce Południowej intensywnych monokultur zbóż i soi, monokultur opartych o karczowanie tropikalnych i subtropikalnych lasów, na miejscu, których sadzi się opryskiwane chemikaliami plantacje wysiane z nasion Roundup Ready. Nasiona te to odmiany zmodyfikowane genetycznie, odporne na Roundup. W USA, 80% powierzchni upraw kukurydzy zajmuje kukurydza Roundup Ready. Tę cechę posiada w USA 93% nasion soi. Wydajność plonów Roundup Ready jest jednak przereklamowana. Tymczasem różne produkty Monsanto, dzięki ich sterylności, nie mogą być rozmnażane przez samych rolników. Muszą je oni zamówić u producenta. Uzależnia to farmerów całkowicie od takich koncernów jak Montasanto. Plonom typu Roundup Ready zagraża parę rzeczy. Po pierwsze pojawienie się nowych generacji chwastów odpornych na Roundup. W USA wyewoluowały obecnie populacje roślin, m.in. z rodzajów Amaranthus i Conyza, bardzo odporne na ten herbicyd. Po drugie, pojawiają się informacje o nowych patogenach zagrażających uprawom tych genetycznie modyfikowanych plonów.

roundup lutcza

Cmentarza w Lutczy, woj. podkarpackie. Przykład jak nie należy opiekować się zielenią na cmentarzu. Miejsce wielokrotnie opryskiwane glifosatem po pewnym czasie porasta głównie mszakami. Na wielu (nieopryskiwanych!) cmentarzach wykształca się ciekawa flora – wielokrotnie widuje siętakie gatunki jak fiołki, narcyzy czy pierwiosnki. Tymczasem wiosenne opryski glifosatem niszczą to wszystko. Należy zakazać używania herbicydów na terenach cmentarnych oraz w centrach miast!

Ostatnio odnotowano spadek sprzedaży Roudnupu, niestety, z powodu wypierania go przez produkty innych firm zawierające glifosat. Dzieje się to z powodu wygaśnięcia od kilku lat patentu na ten środek. Rolnicy z różnych krajów kupują głównie chińskie „mutacje” Roundupu. Także w Polsce można teraz kupić nasze „roundupopodobne” produkty.

Wielkim niebezpieczeństwem Ery Glifosatu jest specjalizacja, nastawienie na jeden produkt. Gigantycznym uprawom odmian Roudnup Ready grozi nagłe załamanie, np. przez pojawienie jakiegoś nowego patogenu czy chwastu. Takie uprawy są tak samo ryzykowne jak monokultury sosny i świerka, które już w Polsce „przetrenowaliśmy”. Odmiany roślin odporne na glifosat są z resztą mniej wydajne niż tradycyjne odmiany, z których je wyhodowano. Wynika to z tego, że odporność na glifosat uzyskano tworząc rośliny, które wykorzystują inny szlak metaboliczny niż ten blokowany przez ten herbicyd. Szlak ten nie jest jednak tak wydajny. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale tak jak nastawienie na jeden produkt – ziemniaka – w Irlandii w połowie XIX wieku doprowadziło, po załamaniu jego produkcji, z powodu zarazy, do śmierci głodowej milionów Irlandczyków, tak teraz może nastąpić załamanie produkcji rolniczej na całej Ziemi jeśli dalej będziemy brnąć w specjalizację, oparcie na kilku głównych gatunkach uprawnych o niskiej różnorodności odmian. Ostatnie wzrosty cen żywności nie są tu przypadkiem.

 

Roudnup – groźny bo z etykietką „bezpiecznego herbicydu”

 

Drugi problem z Roundupem polega na tym, że jest on powszechnie stosowany na świecie w przydomowych ogródkach i zieleni miejskiej do niszczenia niepożądanej roślinności, czego przykład dałem na wstępie opisując swój przypadek z pokrzywami. Od dawna jednak pojawiają się informacje, że jego reklamowana niska toksyczność dla zwierząt i człowieka może być zaniżona. Oczywiście Roundup jest silnie toksyczny jedynie w dużych ilościach. Ale w małych jego działanie nie jest do końca poznane. Herbicydy testowane są jedynie na wybranych organizmach, testy też są też za krótkie, dotyczą jedynie bezpośredniej toksyczności, a nie na przykład modulującego wpływu na cykl rozrodczy itp. Nie testuje się oddziaływania tych środków przez dłuższy okres, np. kilka lat. Dopiero ich użycie w naturze jest prawdziwym sprawdzianem, który zwykle kończy się negatywnie. Poczynając od katastrofalnych skutków owadobójczego preparatu DDT, kumulującego się w organizmach drapieżników, można by mnożyć przykłady substancji, które były reklamowane jako panacea, a potem stawały się synonimami śmierci. Roundup jest też reklamowany jako środek szybko rozkładany przez mikroorganizmy glebowe. I rzeczywiście – jego budowa chemiczna wskazuje, że powinien być szybko degradowany, a w końcu nawet zamieniany w nawóz fosforowy. Jednak różne badania pokazują, że nie dzieje się tak zawsze. Jego ślady można znaleźć w glebie dużo później niż można by się spodziewać. Nawet jeśli glifosat rzeczywiście szybko rozkłada się, przy jego powtarzalnym stosowaniu dochodzi do zubożenia i przekształceń mikroflory glebowej. Pojawiają się też głosy o możliwości jego działania karcynogennego.

Innym zagrożeniem związanym ze stosowaniem glifosatu na dużych przestrzeniach jest przedostawanie się go do wód powierzchniowych. Glifosat działa zabójczo nie tylko na rośliny lądowe, ale też na rośliny i inne organizmy wodne.

Obecnie niektóre miasta, np. w Kanadzie, zakazują używania herbicydów w celach „kosmetycznych”. Myślę, że taki zakaz powinien pojawić się i u nas. Może czas skończyć z herbicydami, które produkowane są tylko po to żeby zabijać mniszki w trawniku?\

Polscy ochroniarze zawsze sceptycznie byli nastawieni do stosowania herbicydów i pestycydów, nawet jeśli chodziło o zwalczanie inwazyjnych gatunków. Tymczasem w Wielkiej Brytanii, przynajmniej do niedawna, używano herbicydów do zwalczania roślin inwazyjnych, np. panoszących się i u nas rdestówek (Reynoutria). Także w USA nagminnie stosuje się herbicydy do walki z inwazyjnymi obcymi gatunkami roślin. Glifosatem opryskuje się setki, tysiące hektarów! Kiedyś natknąłem się nawet na bardzo długi artykuł przeglądowy wymieniający dziesiątki aplikacji herbicydów w angielskich terenach chronionych.

 

Plusy?

Czy są plusy stosowania Roundupu? Prawdę mówiąc tak. Wyeliminował on wiele bardziej szkodliwych herbicydów. W wielu krajach zaprzestano na przykład stosowania bardzo toksycznej atrazyny… Drugi plus to zwiększenie produkcji żywności. Ten efekt jest jednak krótkotrwały. Powstanie chwastów odpornych na herbicydy z glifosatem już niweczy chwilowy wzrost produkcji żywności. Plusem jest także to, że uprawiając odmiany Roudnup Ready nie trzeba orać gleby, zmniejsza to natężenie erozji gleb. Tyle, że jak wspomniałem powtarzalne stosowanie Roudnupu może negatywnie oddziaływać na mikroorganizmy glebowe i dostępność nutrientów dla roślin.

 

Droga na przyszłość

 

Na zakończenie chciałbym poruszyć znowu osobisty wątek, trochę z poczucia winy. Roundup stosowałem (w bardzo ograniczonym zakresie) przez kilka lat do odchwaszczania terenów przygotowywanych pod zakładanie przeze mnie łąk kwietnych. Teraz pozostawiłem dwa eksperymentalne poletka, gdzie badam jego wpływ na roślinność. Znając łatwość z jaką zabija się nim rośliny, rozumiem wielką pokusę z jaką stykają się ludzie, którzy widzą w herbicydach łatwy sposób na oczyszczenie terenu pod uprawę roślin czy zabicie znienawidzonych pokrzyw. Obserwując popularność Roundupu na polskiej wsi, do zwalczania „chwastów” w przydrożnych rowach i w ogrodach widzę wielkie edukacyjne wyzwanie w szerokiej akcji uświadamiania zagrożeń związanych ze stosowaniem tego i innych herbicydów. Na pewno jednym ze sposobów walki z modą na pryskanie wszystkiego wokół siebie powinna być edukacja przyrodnicza, pokazywanie pokarmowej i leczniczej wartości otaczających nas chwastów.

Obecne zanikanie pszczół i płazów, którego przypuszczalnie głównym powodem jest skażenie środowiska chemikaliami z rolnictwa niech będzie dla nas przestrogą. Niektóre publikacje wiążą nawet wymieranie płazów z surfaktantami zwartymi w herbicydach z glifosatem. Wyniki testów na różnych gatunkach płazów nie są jednak jednoznaczne – za wymieranie płazów przypuszczalnie odpowiada zespół czynników. Rosnąca ilość przypadków nowotworów też jest po części spowodowana skażeniem żywności. Pamiętajmy jednak, że ciężar winy wisi na większości z nas, na wszystkich tych, którzy kupują masowo produkowaną żywność (a więc na 99% społeczeństwa…). Droga żeby to zmienić nie jest łatwa. Alternatywą jest promocja rolnictwa ekologicznego, zbierania dzikich warzyw z nieskażonych terenów oraz ograniczenie przyrostu naturalnego na Ziemi. A w międzyczasie powinniśmy domagać się zakazu stosowania herbicydów do odchwaszczania prywatnych ogródków oraz miejskich trawników, chodników, parków czy torów kolejowych i bojkotować produkty takich firm jak Monsanto.

 

Co możesz robić Czytelniku aby ograniczać używanie herbicydów w przestrzeni publicznej?

  1. nie używać ich samemu;
  2. przekonywać sąsiadów by ich nie używali – najlepiej używając do tego konkretnych argumentów;
  3. reagować na przypadki stosowania herbicydów w Twoim mieście, w parkach, na przystankach itp., np. pisząc petycje;
  4. podpisywać petycje domagające się zakazu sadzenia roślin modyfikowanych genetycznie oraz zaostrzające przepisy dotyczące stosowania herbicydów;
  5. promować żywność ekologiczną – każda złotówka wydana na producentów takiej żywności zabiera siły wielkim koncernom rolniczym.

 

Uważam, że poniższy film „Świat według Monsanto” powinien być oglądany przez wszystkich uczniów szkół średnich na świecie:

 

Publikacje na temat Roudnupu i glifosatu.

 

W ciągu ostatnich kilku lat pojawiło się w literaturze naukowej ponad tysiąc artykułów, których tematem jest wpływ glifosatu na gleby, rośliny, zwierzęta i człowieka. Mogło by się to wydawać dużo. W większości są to jednak drobne przyczynki i wciąż brak wiedzy syntetycznej. Często też wyniki nie są jednoznaczne. Oto kilka przykładów.

 

Artykuł przeglądowy w języku polskim: Kwiatkowska, M., Jarosiewicz, P., & Bukowska, B. (2013). Glifosat i jego preparaty–toksyczność, narażenie zawodowe i środowiskowe. Medycyna Pracy, 64(5), 717-729.

 

Zobiole, L.H.S., Kremer, R.J., Oliveira, R.S., Constantin, J. 2011 Glyphosate affects micro-organisms in rhizospheres of glyphosate-resistant soybeans. Journal of Applied Microbiology 110 (1), pp. 118-127

 

Huqi, B., Dhima, K., Vasilakoglou, I., Keco, R., Salaku, F. 2009. Weed flora and weed management in established olive groves in Albania. Weed Biology and Management 9 (4), pp. 276-285

 

Linz, G.M., Homan, H.J.  2011. Use of glyphosate for managing invasive cattail (Typha spp.) to disperse blackbird (Icteridae) roosts. Crop Protection 30 (2), pp. 98-104

 

Chang, F.-C., Simcik, M.F., Capel, P.D.  2011    Occurrence and fate of the herbicide glyphosate and its degradate aminomethylphosphonic acid in the atmosphere. Environmental Toxicology and Chemistry 30 (3), pp. 548-555

 

Eker, S., Ozturk, L, Yazici, A., Erenoglu, B., Roemheld, V., and Cakmak, I. 2006. Foliar applied glyphosate substantially reduced uptake and transport of iron and manganese in

sunflower (Helianthus annuus L.) plants. J. Agric. Food Chem. 54:10019-10025.

 

Fernandez, M.R., Zentner, R.P., Basnyat, P., Gehl, D., Selles, F., and Huber, D.M. 2009. Glyphosate associations with cereal diseases caused by Fusarium spp. in the Canadian Prairies. European J. Agron. 31:133-143.

 

Kremer, R.J. and Means, N.E. 2009. Glyphosate and glyphosate-resistant crop interactions with rhizosphere microorganisms. European J. Agron. 31:153-161.

 

Laitinen, P., Ramo, S., and Siimes, K. 2005. Glyphosate translocation from plants to soil – does this constitute a significant proportion of residues in soil? Plant Soil 300:51-60.

 

Yamada, T., Kremer, R.J., Camargo e Castro, P.R., and Wood, B.W. 2009. Glyphosate interactions with physiology, nutrition, and diseases of plants: Threat to agricultural sustainability? European J. Agron. 31:111-113.

 

Comstock B. A., Sprinkle, S.L.., Sminth G.R. 2007. Acute Toxic Effects of Round-Up Herbicide on Wood Frog Tadpoles (Rana sylvatica). Journal of Freshwater Ecology 22(4): 705 – 708.

 

39 Comments

  • Bogumila napisał(a):

    Bardzo wazny i godny dalszego rozpowszechnienia post!

    W calej Unii Europejskiej prowadzona jest obecnie inicjatywa obywatelska przeciwko podpisaniu umow handlowych TTIP ,oraz CETA,ktore beda m. innymi w stanie niedopuscic do wycofania glifosatu w krajach Unii,a co gorsze beda sprowadzane nafaszerowane chemia produkty spozywcze ,a chronione dotychczas regionalne produkty spozywcze nie beda podlegaly europejskiej ochronie.

    https://www.campact.de/ttip/appell/english-version/
    B.

    • Leila napisał(a):

      Rada jest jedna. Zamiast głupiego fitnesu i innych tego typu zajęć po pracy w korporacyji, po prostu ruszyć dupę na ogródek i usuwać chwasty ręcznie.

  • silosworks napisał(a):

    Jednym z poważnych zagrożeń jest tez udzielenie absurdalnego patentu na nasiona produkowane przez Monsanto. Opatentowanie nasion zabrania ich dalszego wykorzystania w celach uszlachetniania ras i doprowadza do zrujnowania systemu nasiennictwa na świecie.

  • Susłowa napisał(a):

    Niestety zauważam, że wraz z „bogaceniem się” polskiej wsi wzrasta ilość używanych pestycydów. Przykład: na polu niedaleko ode mnie odkąd pamiętam rolnik uprawia brokuły (nigdy nic innego tam nie rosło – płodozmian chyba przeszedł do historii). Kiedyś pole było orane jesienia, ale rolnik dobrze zarabia na brokułach, więc od dwóch lat tylko pryska – stać go.
    Jedyna nadzieja, że sam zauważy, że plony są mniejsze i wróci do dawnych metod.

  • AB napisał(a):

    Gdyby w mieście ktoś próbował pryskać herbicydami na przystanku to ludzie przegnaliby go na sto wiatrów, a wieś radośnie się truje. No brawo.

    • Łukasz Łuczaj napisał(a):

      niestety ja w Krośnie na przystanku widziałem Pana z opryskiwaczem, ale nikt nie reagował. Miasto i wieś trują się po równo.

      • AB napisał(a):

        W dużych miastach to nie do pomyślenia, ludzie mają większą świadomość, zwłaszcza na nowych osiedlach. W Gdyni pracownicy zieleni miejskiej pielą trawniki w tradycyjny sposób, a zieleń miejska w Gdyni zasługuje na uwagę. To tam na pasie pomiędzy dwoma ulicami można spotkać łany słoneczników. Tak, zamiast spalić ten pas ziemi herbicydami wolą posiać słoneczniki, które skutecznie wytłumią chwasty. Koło przystanków trawy wykasza się podcinarkami. Na moim osiedlu w Poznaniu nastała ostatnio moda na wysypywanie drobnych kamyczków pod krzewami, aby stłumić chwasty. Trawniki koszone są regularnie. Pracownicy spółdzielni dbający o zieleń mają specjalistyczny sprzęt, którym wykoszą wszelkie zakamarki. Tutaj nawet nie sypie się w zimie chodników solą, aby nie zaszkodzić roślinom. To na wsi i w małych miastach ludzie najbardziej się trują, palą śmieciami w piecach, pryskają herbicydami na prawo i lewo. To przede wszystkim na wsiach i w małych miastach potrzebna jest kampania społeczna ‚nie truję’.

        • Łukasz Łuczaj napisał(a):

          Brawo Gdynia!!!

        • Południca napisał(a):

          Moje osiedle leży poza miastem, ale mieszkańcami są mieszczuchy – przeważnie typowi pracownicy różnych korporacji na kierowniczych stanowiskach. To nikt inny jak właśnie moi sąsiedzi żądają „zadbania” o osiedle – w oczywisty sposób chodzi o opryski przeciw „chwastom” i owadom (wystarczy przelot kilku komarów by awanturować się o zatrucie całej okolicy). Burmistrz potulnie się zgadza i „dba”, bo chodzi o ewentualnych wyborców. Dla mnie to był szok, że ukąszenie komara może być uważane za coś strasznego, a kilkugodzinne wdychanie chemikaliów przez trzylatka nie. Autentycznie mieszkam wśród takich ludzi – smród chemikaliów taki, że nie można oddechu złapać, ekipa z opryskiwaczem za płotem a trzyletnie dziecko na rowerku w ogrodzie…

        • obserwator napisał(a):

          W dużych miastach ludzie nie mają zielonego pojęcia o chwastach i środkach chemicznych (a wystarczyłaby 10 arowa działka, motyka oraz podstawowe umiejętności matematyczne, by policzyć, ile potrzeba powierzchni by samemu się wyżywić). Prawie wszystkie środki ochrony roślin są toksyczne, a większość z nich dużo bardziej niż glifosad.Oczywiście jeśli wstrzyknie się go sobie do żył lub walnie setkę to można się zatruć i glifosadem. Tak samo, jak przez całe życie pryska się bez odpowiedniego zabezpieczenia (jeszcze nie widziałem nikogo, kto pryskał w kombinezonie i masce przeciwgazowej) to można nabawić się raka. Problem w tym, że gdyby nie środki ochrony roślin, to połowa ludności na świecie umarła by z głodu, a druga połowa w 90% (a nie 5-15% jak obecnie) pracowała by na roli tylko po to by nie umrzeć z głodu. Tak przecież było wtedy, gdy nie było środków chemicznych i jest w tych biednych państwach, gdzie się ich nie stosuje.
          Wg mnie żywność ekologiczna jest tak tania dlatego, że w dużej mierze jest oszukana. Poza tym ekologicznie dużo łatwiej uprawia się jedne gatunki roślin od innych (i tylko te odmiany i gatunki roślin są uprawiane ekologicznie).

  • re.re napisał(a):

    Wystąpiłam z grona założycieli osiedlowego placu zabaw właśnie z powodu roundapu i innych podobnych. Koniczyna na placu zabaw to zło. Dopuszcza się wyłącznie trawę. Z czasem i ją szlag trafia i zostają piękne osty, polany ostów. Jaki z tego wniosek ? Za mało lali! Ludzie leją to wszędzie i bez umiaru, a jak ich na ten specyfik nie stać stosują domestos. Ponoć wywołuje podobne skutki. Przerażające, ale prawdziwe. I pomyśleć, że czytając przed laty „Delicje ciotki Dee” śmiałam się z durnowatych Amerykanów ….

    • Łukasz Łuczaj napisał(a):

      straszne!

    • bk napisał(a):

      A u mnie na działkę (moją prywatną) wlazła sąsiadka i lała mi roundupem (dwa razy pod rząd) na MOIM terenie, bo jej maliny przeszkadzały! Niestety polskie prawo w zasadzie nie daje mi możliwości wyegzekwowania z niej poszanowania mojej własności. Tfu!! Głupia baba!

  • Paweł napisał(a):

    Bardzo potrzebny wpis. Ludzie jakby już oszaleli z tymi środkami chwastobójczymi. A szkoda, bo wiele z nich można zjeść, o których rozprawia książka ‚Dzika kuchnia”. U mnie na działce np. zanim urosną warzywa pojawia się żółtlica drobnokwiatowa. Młodziutkie siewki są nawet smaczne, zwłaszcza jako dodatek np. do sałaty siewnej.

  • ZBYSZEK napisał(a):

    Mieszkam w okolicach Pyrzyc (zachodniopomorskie) , większość ziemi po byłych PGR (a i ci mniejsi rolnicy sprzedali parę lat temu za „śmieszne” pieniądze swoją ziemię) -przejęli Duńscy właściciele ( są to jakieś grupy kapitałowe). Cała produkcja polega na uprawie , na tych setkach hektarów właściwie chyba tylko pszenicy i rzepaku -z „sentymentem” wspominam uprawy w PGR, bo sadzono ziemniaki, buraki różne zboża -a jak miałem kilka lat to jeszcze widziałem przy drogach dziurawiec,kwitły chabry, maki (chyba tak „sumiennie” nie pryskano wszystkiego). Obecnie uprawa polega na ciągłym opryskiwaniu pól,środki chwastobójcze , nawozy ( nie prowadzi się żadnej hodowli , to i nie ma obornika )-nie wiem, czy tak można eksploatować ziemię.Myślę że ten temat jest ściśle powiązany z tematem różnorodności w przyrodzie , gospodarce – na razie ci wielcy właściciele żyją w dobrej symbiozie nie z przyrodą tylko producentami różnej chemii. Cieszę się tylko że w pobliżu jest jezioro i okoliczne łąki są objęte zakazem pryskania,bo ma to związek z ujęciem wody pitnej dla Szczecina i mogę jeszcze tam spokojnie uzbierać coś zielonego do jedzenia – bo na polach to już nic nie znajdę.Żeby tylko nie wprowadzili zakazu wstępu na „swoje” ziemie.Chciałbym jeszcze zobaczyć jakiś kawał ugoru, na którym rosłyby różne „chwasty” zioła , kwiaty…

  • Madeleine napisał(a):

    Mój komentarz będzie odbiegał od Twojego artykułu, ale punkty styczne posiada.
    Żywność jest skażona i przetworzona. Woda jest skażona. Skażona woda jest rozlewana do butelek. Ludzie zgrzewkami kupują butelkowaną wodę mineralną (każdy plastik który jest przezroczysty zawiera BIFENOL A) – który jest toksyczny.
    Wzrasta zachorowalność na raka. W skrócie u mnie o skażonej wodzie :http://madeleineculinarydiary.blogspot.com/2015/02/trucizna-z-kranu-czy-zdajesz
    Monsanto, Codex Alimentariux, GMO, Chemtralis, Nowy Porządek Świata, grupa Bildelberg, Ilumnaci, Unia Północnoamerykańska – każdy świadomy człowiek powinien wiedzieć o tych pojęciach… Ale ludzie są zaprogramowani….do wielu nie dociera co dzieje się wokół…..
    Ludzie będą czipowani http://youtu.be/zbABszxPlMg – konsekwencją wiadomo, że będzie całkowita kontrola nad ludźmi, w każdej chwili zablokowanie dostępu do gotówki, bo za rachunki i zakupy będziemy płacić czipami…a to wszystko robione pod płaszczykiem bezpieczeństwa.

    Jeden filmów o Nowym Porządku Świata, który powinien obejrzeć każdy
    KONIEC GRY Alex Jones – Lektor PL
    https://youtu.be/YOw8sMHwlSw
    Pozdrawiam

    • Łukasz Łuczaj napisał(a):

      zgadzam się! to co się dzieje jest straszne! musimy bronić podstawowych praw człowieka!

    • obserwator napisał(a):

      Zgadzam, się że coś tam wykryli niezbyt zdrowego w plastikach, żywność może nie do końca jest zdrowa, woda skażona i powietrze zanieczyszczone . Jednak żyjemy znacznie dłużej niż kiedyś. Naczynia są czystsze niż z przed ery plastików, woda nie zawiera śmiertelnych zarazków (cholery, duru brzusznego itp.) Żywność nie zawiera trującego sporyszu, mikotoksyn, nie trujemy się tak często jak dawniej gazem, czadem i nie wdychamy tak często dymu z paleniska jak dawniej. Śmiem wręcz twierdzić, że żywność, woda i powietrze w bezpośrednim otoczeniu człowieka jest czystsze niż 100, 200 czy 500 lat temu.

      • Łukasz Łuczaj napisał(a):

        jest w tym dużo racji – mimo to jednak zachodzi niewiele niepokojących zjawisk z naszym zdrowiem które jeszcze nie rozpoznaliśmy.
        Dlaczego na przykład po wypiciu 150 ml wódki ze sklepu w Polsce mam kaca i ból głowy (albo np. pół butelki wina sklepowego z siarką) a w Gruzji można wybić na dzień dobry 1,5 l wina domowego i człowiek nic nie czuje?

        • Maciej napisał(a):

          Bo winna jest komercyjna metoda produkcji wódki – używa się drożdzy turbo, które dają więcej złych metabolitów fermentacji alkoholowej. Liczy się czas i kasa.

        • hajduczek napisał(a):

          Łukasz, masz po prostu słabą głowę. Mnie po wypiciu „pół butelki wina sklepowego z siarką” – czyli zwykłego marketowego po prostu – nic nie jest, nie boli głowa itd. Z wódką nie próbowałam, bo nie lubię.
          Czyli stąd wniosek prosty się nasuwa – w Gruzji mogłabym na dzień dobry „łyknąć” 1,5 litra wina domowego, a potem kontynuować bez szkody dla głowy, prawda? :)

          A tak przy okazji – od dawna bardzo lubię i cenię gruzińskie wina, tylko u nas – kurczeblade – są dość drogie. A w Gruzji nigdy nie byłam, czas może to zmienić?

  • Charlie napisał(a):

    Pogratulować firmie Monsanto, że zajęło się dwoma najważniejszymi gatunkami: soją i kukurydzą, które trafiają do praktycznie KAŻDEGO żołądka. Ot, mistrzowie strategii, nikt nie uchroni się przed GMO. Dodatkowo okazuje się, że glifosat używany w tak dużych dawkach pozostaje w roślinach i trafia do naszych organizmów, gdzie się odkłada. Nie sądzę, żeby miało to jakiekolwiek pozytywne skutki.
    Najgorsze w tym wszystkim jest to, że właściwie brak jest jakichkolwiek RZETELNYCH badań na temat GMO i wszystko pozostaje kwestią… wiary. Jednakowoż, stanowcza większość wciąż wierzy, że głowom tego świata faktycznie zależy na dobru ludzkości i że te wszystkie modyfikacje genetyczne, walka z cholesterolem, promowanie diety opartej na pszenicy, polecanie leków na dosłownie każdą, najbardziej idiotyczną przypadłość – to wszystko dla naszych korzyści.
    Jak to ktoś kiedyś niezbyt ładnie określił: jesteśmy jak pieczarki – trzymani w ciemności i karmieni g*wnem.

    Ja się wypisuję z takiego systemu.

  • Pawel napisał(a):

    w poście są prawdy, półprawdy g..prawdy niestety. Ponieważ post opiera się na starych danych, nie ma mowy o nowych regulacjach prawnych w EU i Polsce patrz Intergrowana ochrona roslin, porownuje sie polskie rolnictwo do USA i Ameryk , a w dodatku opiera sie na subiektywnych opiniach autora. A niestety ludzie zwykli zjadacze chleba nie dociekaja zródeł informacji i ich aktualnoiści i łykają takie informacje i żyją w strachu i lęku

  • Elfia napisał(a):

    A wystarczyłoby regularnie kosić trawniki i nieużytki, by nie dopuścić do nadmiernej ekspansji chwastów i utrzymać pożądany efekt…
    Przeżyłam efekt roundapu na nieużytku za moim domem. Po oprysku zniknęło wszystko, ale lada moment odrodziły się te najbardziej ekspansywne i uciążliwe chwasty. Efekt jest taki, że powój zaczął zarastać i dusić wszystko, co tak rosło. Żeby się go pozbyć potrzebne były… kolejne opryski, tym razem herbicydem na powój. I tak koło się nakręca. Raz zachwiana równowaga wystarczy, by teren długo nie mógł dojść do równowagi. Na szczęście u mnie jest już w miarę względnie. Rośnie trawa, powoju jest niewiele i da się wejść, by skosić nieużytek (kto próbował skosić kłębowisko powoju, ten wie, że jest to nie lada sztuka).
    Od czasu kiedy zobaczyłam na własne oczy jak działa (w w zasadzie jak nie działa) roundap nie pozwalam nikomu zbliżać się do niego. Zamiast opryskiwacza w ruch idzie sierp i kosiarka. Efekty już są, a w to miejsce coraz śmielej wkracza życie.

  • drTrutek napisał(a):

    Od zawsze boleję nad problemem oprysków chemicznych, nie tylko randapem, ale wszelkimi chemikaliami wokół nas. Bo czy koniecznie trzeba pryskać i truć się np. na cmentarzach. Sprzeciwiałem się nawet próbom użycia randapu do odkrzaczania muraw kserotermicznych, mimo, że cel wydawał się zasadny. Już wiele lat temu pisałem w necie: http://forum.gazeta.pl/forum/w,987,79733619,79733619,Ludzie_nie_pryskajcie_bezmyslnie_.html

  • ger napisał(a):

    Każdy z nas może się starać, ale dokąd będą istniały „bariery” odgórne występujące np. formie np. takich wskazań jak tu: ” http://www.kpodr.pl/index.php/galeria-2013/268-co-zamiast-atrazyny, to oznacza jeszcze długą drogę pod górę do pokonania.

  • Rangifer napisał(a):

    Ja dodam tylko trzy grosze odnośnie sugerowanych sposobów rozwiązania problemu. Otóż nie sądzę, by „ograniczenie przyrostu naturalnego na Ziemi” było rzeczywiście alternatywą dla stosowania roundupu. Jakoś nie chce się wierzyć w to, że firmy takie jak Monsanto kierują się w swojej ekspansji intencją zaspokojenia potrzeb żywieniowych rejonów o największym przyroście. Nie sądzę, by ograniczenie liczby ludzi na świecie sprawiło, że zaniechają produkcji tych herbicydów. Ciekawe, że środki te stosowane są jednak najczęściej w bogatych krajach o ujemnym przyroście.

  • Marcin napisał(a):

    Być może w przyrodzie istnieje jakiś naturalny herbicyd. Mieszanka ziołowa.Czasami użycia rundapu wydaje się koniecznościa zwłaszcza na poczatku uprawy (nawet tej ekologicznej).

  • redemptus napisał(a):

    a co zamiast ?Nie wszędzie można wyrwać np. perz leśny.U mnie rozpanoszył się w jałowcach płożących.Prozę o podpowiedz

  • Andrzej Gil napisał(a):

    A co zamiast roundupu,haczkowanie,czy wyrywanie chodząc na kolanach.

    • Łukasz Łuczaj napisał(a):

      dokładnie

    • podpis napisał(a):

      na działke wszedl mi powoji troche perzu, kilka lat temu, z podagrycznikiem dzialam od zawsze, w miejscach gdzie wykopalem rosliny udalo sie go nawet pozbyc przekopujac ziemie i wyciagajac korzonki,ale gdzie jest dzrzewo owocowe np juz nie da rady, ostrzegam wszystkich przed haczkowaniem czy wyrywaniem na kolanach takich rzeczy i tego typu radami takich fachowców, niestety usuwanie raz w miesiacu naziemnych czesci, szczegolnie motyka prowadzi do momentalnego opanowania kolejnych metrow kwadrtowych, co prawda nie widac dziadow ale nie znaczy ze ich nie ma, u mnie na dzialce nie stosujemy srodkow ochrony roslin, ale moj krogoslop juz nie daje rady kolejny raz orac i wyjmowac z ziemi po 10 workow na smieci klaczy i korzeni podagrycznika, maliny, miety na kilka metrow kwadratowych, metody na to na pewno jakies sa, ale jakos nikt ich nie zdradza

      • hucul napisał(a):

        Ten świat oszalał i cierpi ( jak powiedział Szwejk ) na totalny idiotyzm który mu się nasila szczególnie pod wieczór.
        Codziennie horda pseudomiłośników ogrodów i przyrody, niezłomnie przekonana o swej boskiej misji i uzbrojona w randapy, kopaczki i hacki, gwałci podstawowe prawa ziemi i przyrody. Wyrwa, wypala i truje wszystko to co natura w tak przepiękny sposób skomponowała i utrzymuje w równowadze, wsadzając na to miejsce (pasujące jak świnia i siodło) wytwory chorej wyobraźni. Te „nibyto” chwasty między nimi to blizny i kara za gwałt. Pytasz czy jest metoda walki z maliną, miętą czy podagrycznikiem? Jest ale Cię chyba przerasta?!
        – musisz je polubić
        – zacznij z nich korzystać
        – spróbuj im się przyjrzeć w stanie naturalnym (nie przez internet) zobacz co je ogranicza i to wsiej i wsadź dookoła.Ja wiem,- ale chodzi mi oto abyś poszedł wreszcie do lasu czy na łąki to może Cię natchnie .

        Pozdrawiam

    • hucul napisał(a):

      Pokochaj go !!!!
      Przecież on jest piękny.

  • Henryk napisał(a):

    Od dwudziestu lat obserwuję jak umiera rzeka Radomka na jej przyujściowym odcinku.
    Jestem wędkarzem więc co roku przyglądam się jej uważnie.
    W tym sezonie po raz pierwszy nie nie poszedłem z wędka na jej brzegi.
    Nie było sensu!
    Fakt – wody nią płynie coraz mniej – ale to nie tłumaczy wszystkiego.
    Dużych ryb nie ma. Starsi wędkarze opowiadają jak kiedyś wieczorami można było
    obserwować płetwy ryb przepływających pod prąd na płyciznach.
    Jest trochę płotek i uklei. Uklei powinno być dużo więcej ale żywią się one przede wszystkim
    owadami a tych brak.
    Nie ma praktycznie kiełbi a tym płytka woda nie przeszkadza.
    Nawet w czasach kiedy Radomka była truta przez przemysł i brak oczyszczalni
    (największym trucicielem był „Radoskór”) ryb było bez porównania więcej.
    Teraz woda wydaje się być czysta.
    Tylko te pola uprawne wzdłuż rzeki (?)
    bez porównania więcej

  • Henryk napisał(a):

    Do moderatora
    Proszę o wykasowanie ostatniej linii „bez porównania więcej”
    To przeoczone powtórzenie fragmentu z linii powyżej

  • perroso napisał(a):

    Zapytałem kolegi w pracy, którego rodzina i on sam prowadzą hektary sadów w zagłębiu sadowniczym w okolicach Grójca i Warki o to ile razy w roku „pryska” swoje jabłonki.
    Byłem w szoku jak powiedział że minimum 60 razy! Kilkadziesiąt tysięcy złotych wydaje na środki ochrony roślin i nawozy sztuczne.
    Jeszcze bardziej zszokowało mnie jak kiedyś walczył z przymrozkami wiosennymi w sadzie, podpalał opony na jakiejś platformie i ciągną ją między drzewkami ciągnikiem przez kilka godzin. Ten mit o polskiej zdrowej żywności niestety odbije się na nas. Widząc te owoce w marketach czy bazarkach zawsze patrzę przez pryzmat tego jak wiele trudu zadano sobie aby byly takie ładne, duże, soczyste i pożądane przez klientów. Niestety ja jak większość ludzi jestesmy skazani na te polskie zdrowe owoce i warzywa. Pisałem o tym na niektórych forach ale zawsze byłem oskarżany o bojkotowanie polskiego rolnictwa. Na szczęście czasamu mogę liczyć na rodzinę ze wsi, która w swoich ogródkach nie używa żadnych chemikaliów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *